Kiedyś myślałem, że każda transakcja musi być słuszna.
Nieopłacalne. Niesensowne. Słuszne.
Tego rodzaju myślenie wyrządziło więcej szkód niż jakiekolwiek złe wejście. Kiedy cena szła przeciwko mnie, nie widziałem informacji. Widzę zniewagę. Mój ego się zaangażowało. Trzymałem się dłużej, niż powinienem, dodawałem tam, gdzie nie powinienem, patrzyłem na ekran, mając nadzieję, że rynek znowu zgodzi się ze mną.
Czasami tak było. Te wygrane były niesamowite. Jak dowód, że rozumiałem coś, czego inni nie rozumieli. A to uczucie było niebezpieczne. Sprawiło, że ignorowałem wiele małych, cichych strat, które wynikały z odmowy bycia w błędzie. Już nie handlowałem. Broniłem pozycji.
Strach wkradł się następnie. Wahałem się, by wyjść, ponieważ zamknięcie transakcji oznaczało przyznanie się do błędu. Chciwość przyszła tuż po tym, bo jeśli tylko poczekałbym jeszcze chwilę, może znów miałbym rację. Wykres nie przejmował się tym. Wciąż się poruszał, obojętny.
Z upływem czasu, po wystarczającej liczbie siniaków, coś się zmieniło. Zauważyłem, że traderzy, którzy przetrwali, nie byli obsesyjnie skupieni na byciu w porządku. Byli dziwnie spokojni w obliczu błędów. Błędów szybko. Błędów często. A jednak wciąż stali.
Rynek nie jest salą sądową. Nie ma wyroku. Nie ma moralnego zwycięstwa.
Czasami cicha prawda jest taka: pozostawanie elastycznym ma większe znaczenie niż bycie poprawnym. A puszczenie czegoś wydaje się lżejsze niż bycie w porządku kiedykolwiek było.



